Port Poetycki Chorzów
Port Poetycki dla miłośników sztuki odbywający się w Chorzowie
Izabela Wageman
W oszukiwaniu snu
Stowarzyszenie Salon Literacki, Warszawa 2011
Podróż nad Wilię albo granice realności
Izabela Wageman tomikiem „W oszukiwaniu snu” uwodzi czytelnika na kilka sposobów. Na przykład tematem. Będzie tu pamięć własnego dziedzictwa kulturowego albo subiektywna, nastrojowa chwila. Autorka zaprowadzi nas do domu swoich przodków, domu porzuconego gdzieś nad Wilią lub też do własnego, by pokazać swoje w nim gospodarskie królowanie. Wiersze wyglądają jak szereg akwarel malowanych ni to jawą ni snem. To taki poetycki sen na jawie o sprawach osobistych rozgrywających się na odległym planie pamięci, ale i w teraźniejszym czasie bardzo przesądnej osoby czytającej ukryte znaki codzienności.
Magia istnienia, w którą zanurza nas autorka nie znika nawet w sztafażu z samochodem:
liść czerwony, więc to nie brzoza,
przywarł do szyby
samochodowej. wyłączam wycieraczki, zanim sprofanują
jego ciało.
hamuję, zdejmuje liść i odmawiam wiersz.
[martwe pejzaże]
Poetka lubi ciemne tło dla swoich słów i obrazów, dlatego patronuje im noc, lęki i przeczucia, zła (traumatyczna) historia, pejzaż z kurhanem, mrok świątyni, sen i jego najgłębsza postać – śmierć.
Obok wróżb i zaklęć towarzyszących świtom i wieczorom spotykamy wśród wierszy obrazy małego realizmu; mnie – czytelnikowi chyba najbliższe. To m.in.: „grzyby”, „noc kupały”, „umarli potrafią tańczyć”, a zwłaszcza wibrujący impresją „dwa razy”.
Przemieszanie dziadowskich guseł dobrze znanych polskiemu czytelnikowi dzięki lekturze Mickiewicza, obecność duchów i bóstw litewskich obok pojęć i atrybutów chrześcijańskich (krzyż, cerkiew, Matka Boska Zielna, kapliczka) tworzy malowniczy i egzotyczny mariaż kulturowy, tym cenniejszy, że przywraca przedwojenny klimat wzajemnych związków krain, które dzisiaj nadal jeszcze nie mogą znaleźć wspólnej płaszczyzny porozumienia.
Jeżeli jednak zachodnia racjonalność przemieszana intuicją i duchowością stanowi mianownik obydwu kultur powiązanych wspólnym losem wielu wieków, co rodzi oryginalną, estetycznie jednorodną poetykę tomiku, o tyle francuskie akcenty lekturowe („w oszukiwaniu snu”), greckie („pomiędzy”), niemieckie („Werter” – „ u kanoników”) czy obco brzmiące w całym zestawie terminy w rodzaju „piccasowska paleta” („w kolorze sepii”) wydają mi się tutaj czymś przypadkowym, tworząc jakieś silva rerum w zbytecznym nadmiarze. Inną kwestią jest spór świadomości samej Autorki z własną podświadomością, albo inaczej, spór współczesnego świata z filozofią świata minionego. Co dla współczesnego czytelnika może wydawać się etnograficznym lamusem, dla samej Autorki bywa samym sensem istnienia.
Trzeba jednak podkreślić, że poetycki pobyt na ziemi Perkuna i Potrimpusa zostawia zdumiewające wrażenie takiego obcowania z Naturą, która mieszcząc nas w sobie mówi do nas językiem i żywiołów i językiem naszego własnego ciała o nas samych, tkwiących w zadufanej samowiedzy do momentu – gdy żyjąc „ z przyzwyczajenia” („umarli potrafią tańczyć”) obudzimy się „ofiarą na kamieniu z rozrzuconymi członkami i bezwładną głową” – aby zapytać: „kim jesteś. wiem że jesteś, gdy ja przestaję” („alkas”). Albowiem jak w Naturze, metamorfoza zabija tylko pozornie a tak naprawdę: „rośnie ci brzuch. niebawem urodzisz kolejne zdrowe urojenie.” I może tylko magia pozwala to urojenie przekroczyć. A także przywrócić czas. Powiązać na nowo świat żywych ze światem umarłych. Pogodzić ich obcość i oswoić. Potrafi to jedynie magia, magia słowa, w której Izabela Wageman stara się być mistrzynią. Niejednokrotnie budzi się w niej kriwis a czasem Weles, przewodnik po światach czystej magii czyli po wszelkich sztukach, także po poezji. Mam nadzieję, że w kolejnym wydaniu tomu „W oszukiwaniu snu” znajdzie się w Słowniku (bezcenna rzecz!) wyjaśnienie frapującej postaci Jaryły.
Hanna Dikta
Stop-Klatka
Zeszyty Poetyckie, Gniezno 2012
(…)Dawid Jung nazywa twórczość Hanny Dikty dojrzałą poezją funeralną. Autorka „Stop-klatki” pisze o śmierci bez patosu, bez ogólników, bez uskarżania się na jej nieuchronność. Eschatologiczne refleksje nasyca silnymi emocjami, lecz są to emocje przepuszczone przez sito literackości. Każdy wiersz stanowi sugestywną scenę, obraz ze zindywidualizowaną bohaterką w roli głównej. (…)
Weronika Górska ” FUNERALIS BEZ POMPY” – Fragment recenzji, którą można przeczytać tutaj
Aleksandra Słowik
Kolejność stron
Zaułek Wydawniczy POMYŁKA, Szczecin 2011, str. 56
W maju ubiegłego roku omówiliśmy udany debiut poetycki Aleksandry Słowik Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy (2010), opublikowany przez szczeciński Zaułek Wydawniczy POMYŁKA. Urodzona w Gdańsku poetka, z wykształcenia ekonomistka, obecnie mieszka w Poznaniu. Wczesne wiersze i prozę drukowała w pierwszej połowie lat 90. w miesięczniku „Powściągliwość i Praca”. Autorka książki o franciszkaninie, Krajowym Duszpasterzu Niewidomych Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu – o. Bruno Zygmunt Pawłowicz [1942-1987] (1995). Tłumaczka kilku książek z j. angielskiego, m.in. – Ralph M. Wittgen SVD Ren wpada do Tybru. Historia Soboru Watykańskiego II (2001). A kilka miesięcy temu ukazał się drugi tomik poetycki Kolejność stron.
Przyglądając się debiutanckiemu zbiorowi A. Słowik Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy pozwoliłam sobie między innymi zauważyć, iż mamy do czynienia z poezją o rozwiniętym zmyśle obserwacji, potrafiącą doprecyzowywać stany ducha i ciała, a jednocześnie sięgającą po niebanalne skojarzenia i gry językowe. Podkreślałam też liryzm i ciepło prezentowanych strof. W zasadzie teraz, po lekturze Kolejności stron, tę opinię mogłabym powtórzyć. Dodając do tego kilka uwag.
Wszechświat śpiewa do wnętrza – powiada poetka w utworze „Japońskie ścianki działowe”, dopowiadając w wierszu „Współrzędne”: Znam ciemne, wczesne gwiazdy schowane w wieczorze/ (…) i ludzi – zanim przejdą ponad jonosferę,/ by tam zliczać atomy, ustawić je w szereg,/ oznaczyć swą cezurę – sarkofag z ołowiu. To wizje z perspektywy ogólnej, ponadziemskiej i kosmicznej, które sąsiadują (współgrając) w utworach A. Słowik z namacalnym konkretem szczegółów dnia codziennego. Rzeczy „wysokie” mieszaja się tu z „niskimi”, intymne z antynomiami tychże. Tak ułożone traktowanie wszelkich dostrzeganych (i przeczuwanych) rzeczywistości „premiuje” w naturalny sposób filozoficzne podejście do życia. Jak „spokojnie”, z samowłasnym stoicyzmem układają się te wiersze – warto przyjrzeć się ich pulsacji, nienatrętnym i prostym obrazom. Choćby w charakterystycznym dla poezjowania utworze A. Słowik, nacechowanym dojrzałością refleksji, „(Odpłynęliśmy łodziami…)”:
Odpłynęliśmy łodziami/ na miejsca pustynne// czy dla mnie ta wielka samotność// przedsmak jesini/ zapach jej mgieł/ pustego domu/ w którym mieszkają książki/ i wiersze// próbuję układać zdarzenia/ niepotrzebnie/ przecież zawsze myliłam strony/ parzyste nieparzyste// liczę// i zasypiam/ śni mi się kościół/ ubrany przy suficie w welony/ są jak żagle na wietrze// płynę// ktoś zapala lampkę w konfesjonale/ a ja myslę że to morska latarnia// pukam.
Motyw odpływania, odchodzenia, ubywania pojawia się w rozmaitych konfiguracjach i różnym natężeniu wielokrotnie – m. in. w utworze „Czas się wyprowadzić”. Autorka nie ukrywa też preferencji światopoglądowych, rozsiewając między wersami tropy chrześcijańskie.
I jeszcze jedna sprawa – uderzająca po lekturze obu tomów wierszy. Fascynacja Carlosem Fuentesem (rocznik 1928), jednym z najznamienitszych współczesnych pisarzy hiszpańskojęzycznych, autorem tłumaczonych również na nasz język powieści Kraina najczystszego powietrza, Pieśń ślepców, Święta strefa czy Terra nostra. Zwłaszcza ostatnie z wymienionych dzieł, uważane przez krytyków za najambitniejsze w dorobku meksykańskiego twórcy, przykuwa uwagę naszej poetki. Zbiór Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy autorka opatrzyła mottem z „Ziemi naszej” (to tłumaczenie z łaciny, obowiązującym jest tytuł oryginału powieści, czyli Terra nostra) …namiętność zawieszona w próżni, stale podtrzymywana, nigdy niezrealizowana, a więc podobna do wiary. Zaś w Kolejności stron znajdziemy sześć utworów z C. Fuentesem w tytule, a by wątpliwości zniknęły, po spisie treści znajdziemy przypis: Poza podtytułami, wszystkie wersy zapisane kursywą w całym cyklu „Fuentes” pochodzą z książki „Terra nostra” tegoż autora.
Co jeszcze? Wart zauważenia jest – pojawiający się tu i ówdzie w utworach poetki – całkiem świeży humor językowy. Jak choćby w utworze „Janka. Droga Pani (II)” – zabawnie wykorzystany rusycyzm wiatr będzie swołoczyć czy w wierszu „Janka. Aneks do testamentu”: rzęsa wpadła do zupy/ przepływa dostojnie ogórkowy Styks.
Szczuplejszy objętościowo (ale nie mniej ważny) od pierwszego tom drugi wierszy Aleksandry Słowik „składa” obietnicę dalszego ciągu dobrych poetycko żniw. Z ciekawością będę czekała na zbiór trzeci – w swoim czasie. Jakim czasie? Czas czasowi pokaże – dodam, podtrzymując lżejszą konwencję językową. Bowiem gdzie jak gdzie, ale w twórczości czasu nie należy poganiać…
Nie sposób na koniec nie wspomnieć o Danucie Dąbrowskiej – autorce fotografii wykorzystanych w książce, projektu okładki i opracowania graficznego. Jej wkład w estetyczną stronę przedstawionego zbioru wierszy jest niebagatelny, acz dyskretny – by tak rzec. Poezja nie jest tu przytłoczona obrazkami, proporcje i forma podania wizualnych elementów dobrze służy idei całości.
Widać z tej publikacji, jak i poprzednich, iż wydawca konsekwentnie dba o kształt edytorski wypuszczanych książek, zawsze mocno eksponując oryginalną plastykę. Co bardzo cieszy, zwłaszcza w rosnącym zalewie bylejakości estetycznej wydawnictw literackich (przede wszystkim poezji i prozy). Tak trzymać.
Wanda Skalska
Latarnia Morska, Między numerami 2.03.2012.
Zapisane na marginesach
Aleksandra Słowik – Kobieta podszyta*
Co kobieta chowa pod sukienką?
To obcesowe pytanie trąci banałem. Zatem inaczej: czego można się spodziewać pod materią (słów) „Jednoczęściowego wierzchniego stroju kobiecego”? Autorka jest szwaczką biegłą w rzemiośle, jej kreacje, na wzór patchworków, mienią się zestawieniami oryginalnych połączeń faktur, barw i kształtów. Ten świat poetycki rozciąga się na przestrzeniach czasu, kultury, krajobrazów i uczuć. Poetka mówi wieloma głosami używając różnych form wiersza wolnego, wykorzystując rozczłonkowanie zestrojów na wiele wersów – do budowania nastrojów, wydobycia emocji lub nowych znaczeń. Zbiór jej wierszy można czytać jako pokaz (pret-a-porter) na różne okazje i pory. Kompozycja często nawiązuje do koła roku przyrodniczego i obrzędowego. W innej płaszczyźnie jest to opowieść o drodze wewnętrznej przemiany, „otwieraniu” (jedno ze słów kluczy tej poezji). Co zatem skrywa/prezentuje ta poezja pod tak bogatą maską poetyki? Czym podszyta jest bohaterka tych wierszy? KOBIETĄ. Wiersz otwierający to hymn na temat zwyczajnie codziennej, przewrotnie nazwanej „obcą”. Kobieta – anioł, „bardzo użyteczna” i mądra (jakże pięknie uwznioślona biblijnym odniesieniem: „Potrafi / odnaleźć /…/ pytania wprost / żołądek po nich boli jak po zwiastowaniu”). Takich bohaterek jest więcej. To tragiczna samobójczyni z „Przemieszczania”, kobieta śniąca koszmar („Krzyki w nocy”). O takiej typowej kobiecej postaci mówi tytułowy wiersz zbioru: „Dobre są tanie suknie / proste i nieprzytłaczające”. Ich los rozpięty jest między „wąchaniem lirycznej tabaki” a „miałkim żalem”; suknia to także tren. Przy okazji zwróćmy uwagę na sposób zbudowania przenośni „wąchanie lirycznej tabaki” – zgrabne wplecenie przymiotnika tworzy nośny obraz. Takich udanych zabiegów formalnych jest w tomie wiele, nie o wszystkich da się nawet wspomnieć. Pojawiają się także kobiety nazwane imieniem (nb. wiersz „Imię” to przewrotna dysertacja o mocy słowa – nazwania, które potrafi odkryć prawdę, a więc uczynić byt sensownym, zakończona jednakże poddańczą prośbą o „nazwanie” – „jak Adam nazywał zwierzęta”). Irena – Sybiraczka i jej los, Klara (św.) – „Panna biedna” z Asyżu czy w końcu „Janka. Aneks do testamentu”, która pozostawiła w spadku (narratorce wiersza) kilka „jednoczęściowych wierzchnich…”. Do wszystkich tych bohaterek autorka ma bardzo osobisty stosunek; stara się zrozumieć sens ich życia („Favarone do Offreduccio”), dziedziczy – przejmuje odpowiedzialność za utrwalanie i kontynuację tego, co tworzy(ło) świat („Janka. Aneks do testamentu”), współodczuwa – utożsamia się („to ja czy ty?” – „Panna biedna). Ale potrafi również – czy też chce tylko? – zapominać, odciąć się od zdarzeń minionych (to druga, zdawałoby się niepotrzebna dla wiersza, pointa w „Przemieszczeniach”, ten wers dodany: „nie chcę pamiętać kodu pocztowego”). PRZYRODĄ. To nie jest to poezja „miasta” – urbanos jawi się molochem („miasto gorliwie zerwie się na nogi / żeby stworzyć korek / zupełnie jakby wkładało sobie palce do gardła / w ramach porannej toalety” Przemieszczenia). Krajobraz wiejski to nie tylko liryczny obrazek z „W Miedniewicach u franciszkanów” („nieprzytomny zapach / obłok lip kwitnących / wiatr znad lasu”). To także kunsztowna konstrukcja sakralizująca zaschnięte „fioletowe stuły ostów” (w wierszu o tytule z modnym makaronizmem – „Fragile”). To również personifikacja krajobrazu (czy też raczej zatopienie peela w „gołej ziemi”) przy okazji wiersza szpitalnego (a więc refleksji ocierających się o sprawy ostateczne). Podobne przenikanie materii mamy w „Wewnętrznej radości”: „zasiedlone w mleczach na krótko / moje wewnętrzne radości”. Ale – zgodnie z przyjętym założeniem – że peel pseudonimuje swoje stany psychiczne w obrazach natury, mamy też opisy groźne („Kosmiczna menopauza / brak kolorów i pustka /…/ podświetla rentgenowski krajobraz / rozłożony nad polami rąk” *** Kosmiczna menopauza…). Wreszcie historia żywiołowego tworzenia się Ziemi ma przypominać nasze historie:
„morze zawsze wypluwa treść oceanów
pozwala zapamiętać
jak było na początku
gdy układały się lądy
i ciała twarzami ku sobie” (Puste naczynia).
MIŁOŚCIĄ. Bo „nikt nigdy nie dał tyle/ żeby przyprawić o śmierć” (Zdrada). A jednocześnie: „Niech nie dotyka mnie wiosna” – mówi peelka w wierszu „Twardosen” opowiadającym historię o dziewczynie z zielonymi oczami, która leży – jako ofiara nieszczęśliwej miłości (jest taka legenda z okolic Trzęsacza) – „na dnie morza”. Kobieta „wystawia na próbę cielistość podszewki” (Cały długi dzień), bo tylko przez „wielokrotność dotyku” – „staje się świat / bluźnierstwo za które całują” (Lepianki). Miłość to „cisza” – „jak pod lodem rzeka”, w której -czy też dzięki której – bohaterka może mówić: „daję ci niewysłowiony czas / kołysankę spokoju / między nami” (Cicho cichutko). Ale miłość to również „cud” – jak pisze poetka w wierszu „Zwariowałam”: „ktoś nieśmiało wzdycha / wiosna / tętnice drzew pękają w niebo”. SOBĄ. Bo ważna jest droga, odkrywanie siebie i przeżywanie własnego życia (wiersz bez tytułu zaczynający się od „Znów mnie budzi cierniem z korony”). Bohaterka ma bogate życie wewnętrzne, czego ślady można odnaleźć w snach (dwa zapisy „Z sennika”) – przy czym są one bardzo fabularne, nasycone obrazami i rekwizytami z kulturowej wyobraźni zbiorowej: „papuga krzyczy arrab”, „Krew i gęste wino spod Werony zabraniają pisać wiersze”. Podobne wrażenie sprawia opis maligny („Narkoza”), który jest „skrojony” według najlepszych reguł kompozycji opowiadania, ze świetnym wykorzystaniem mechanizmu skojarzeń homonimicznych. Myślę, że tę tendencję do ukrywania się za maskami kultury, autorka zapisuje wprost w tekście „Na zewnątrz i w środku”: „Odsłonić się to jakby obciąć zbyt krótko włosy”. Stąd przywoływane wcześniej postacie „innych” kobiet, stąd oparte na konceptach, reinterpretacjach wiersze „religijne” i „miłosne” (używam cudzysłowu znacząco). SŁOWAMI. „Sroki skrzeczą”: „wciąż prowadzę spis rzeczy / z natury martwy / na kartce zbiory liter”. To oczywiste, że poeta jest czuły na słowa (czasem przeczulony). I oczywista jest częsta autorefleksja nad tym faktem. Pisanie o pisaniu, choć ma długą tradycję, wcale nie jest łatwe. Ale można to robić pięknie:
„śpiew ołówka na papierze.
parę słów do snu” (Muzykanci).
Wypełnienie słowami, konieczność/potrzeba ich uzewnętrznienia, proces twórczy: ekstaza i mozół pracy, jakże często kończą się taką refleksją:
„bezużyteczność i brak wysłuchania
noszę głęboko pod paznokciami” (W końcu tak).
Nie bez przyczyny ostatni wiersz zbioru zaczyna się od stwierdzenia:
„Zostało mi na koniec coś jeszcze do zrobienia.
Muszę znaleźć poetę, który mnie odczyta;”.
Tylko „poeta” jest w stanie przedrzeć się przez kordon kodów, którymi zapisywane są te wiersze? Tylko „poeta” (mężczyzna) może nazwać – „imieniem oznacz swoją zgodę na mnie”? O kim można powiedzieć: „Przyszedł i wszystko we mnie pootwierał”? WIARĄ. To piękna część tego zbioru. Wiersze nieskomplikowane w obrazowaniu i wymowie, czasem prawie miniaturki, jak ten bez tytułu kończący się parafrazą nt. budowania na ziarnku piasku: „Z jednego ziarenka słabości wstałam”. To nie tylko wiara w cud („Zwariowałam”) natury, nie tylko dialogowania ze św. Klarą czy przywoływanie mądrości św. Antoniego. To przede wszystkim prośby o sens („któż nie chce siebie wyjąć z chaosu” – Imię), „kim Jesteś / który zdejmujesz mój kaptur?” (Post). To modlitwa zawarta w wierszu „Falstart”: „przed snem / przyznać / – oto ciało moje / organiczne i ograniczone”, która kończy się prośbą: „Otwórz mi przestrzeń”. Alegoryczna „Dziewiątka pik” (pierwsza blotka – w kartach) przywołuje także te kluczowe dla tej poezji słowa: „otwórz mnie / otwórz / bo oszaleję” – tak mówi – kusi peelkę „coś”. Potrzeba poznanie tajemnicy i zgoda na przyjęcie tajemnicy jaką jest – tak odczytuję te wiersze. ŻYCIEM. Bo z pogodzenia z nim może wyrosnąć coś prawdziwego – „Namiętność według Fuentesa”: „jest zbyt płynny / nie sposób go uchwycić”. Stąd zapewne „bezczelne” wkomponowanie w zbiór „Pochwały szaleństwa”, której można zarzucić naiwność myślową i poetycką (a w której ja dostrzegam ducha ironii – cygańskiej błazenady, ale też stoickiej pogody ducha rodem z Gałczyńskiego, zarówno w treści, jak i przywołanych obrazach). „Chciałabym pocieszyć / parę osób u kresu sił / zdjąć z ich ust / przednówkowe pojęcie bezsensu” – pisze poetka. I dalej:
„ale ja kocham najbardziej tych
którzy łapią słońce w ramiona
i turlając się z nim po zielonych górkach
huśtają wiersze w kapeluszach”.
To niezły wstęp do melancholii, do smakowania ulotności chwil, do zachwycenia się szczegółem – okruszkiem kory, by snuć zimową baśń, prawdziwą baśń z potworami, prawdziwą baśń dla każdego, bez względu na ilość przeżytych lat, kto potrafi docenić moc angielskiej herbaty i uwierzyć, że „Styczeń. Godzina siedemnasta i później” to najpiękniejszy wiersz tego zbioru. Ale na pewno nie ostatni taki autorstwa Aleksandry Słowik.
* * *
Te wiersze – będące próbami różnych stylistyk, konwencji i mód – to polifoniczny głos w obronie świata, (którego już? nie ma?), dytyramb i tren jednocześnie; wyrzekają się złorzeczenia, zgryźliwości, a jeżeli nawet pojawia się w nich jakiś ślad ironii, to jest obudowany czułością taką, że krytyka traci całe swe ostrze. Parafrazując słowa poetki z innego (Internetowego) źródła, można napisać: Wiersze – przyjazne. Nie robimy sobie krzywdy – po prostu. Nie bój się – wejdź.
Bogdan Zdanowicz – bezet
———————————–
Aleksandra Słowik „Jednoczęściowy wierzchni strój kobiecy”, Zaułek Wydawniczy „Pomyłka”,
Szczecin 2010
(Recenzja zamieszczona w kwartalniku sZAFa)
Karol Samsel


